
„Słońce wyrzuciło w kosmos plazmę, do Ziemi zbliża się burza geomagnetyczna” – czytam w internecie – „możliwe są zakłócenia w przesyłaniu sygnału radiowego, telewizyjnego i awarie prądu.” Pal licho sygnały radiowe i telewizyjne. Co prawda radia słucham częściej, niż oglądam TV, ale i bez tego mogę się obejść, w myśl zasady: „im mniej wiesz, tym jesteś szczęśliwsza”. Gorzej z tym prądem.
Kilkanaście dni temu, w pewne późnojesienne popołudnie, akurat wtedy, gdy zabrałam się za sprawdzanie wypracowań, elektrownia wyłączyła prąd. Za oknem ciemno, w domu ciemno, ciemno wszędzie, głucho wszędzie… Najpierw się ucieszyłam, bo stwierdziłam, że łaskawy los chciał, żebym rzuciła w kąt to sprawdzanie i wykorzystała czas na far niente przy świecach. Ale zaraz potem zrozumiałam, że te świece, choćbym zapaliła ich cały zapas, który zgromadziłam na czarną godzinę, nie zapewnią mi możliwości wyprasowania ubrań na następny dzień do pracy, nie uruchomia pralki, nie naładują telefonu, ani nie ogrzeją mieszkania.
I nostalgicznie zamarzył mi się wtedy piec. Taki kaflowy, jaki stał u dziadków w pokoju. Nie był tak piękny jak w wierszu Białoszewskiego – nie przypominał bramy triumfalnej. Był zwykły, brązowy, kaflowy. Piec, do którego tuliłam plecy, gdy wracałam zmarznięta z podwórka. Piec, do którego wrzucałam szczapy drewna i patrzyłam, jak lecą z nich iskry. Druga babcia mnie straszyła, że gdy będę otwierać drzwiczki pieca, to w końcu wyjdą z niego dziwożony. Nie wiedziałam, czym są te dziwożony, ale już sama ich nazwa nie zachęcała mnie do spotkania z nimi, więc to powstrzymywało mnie przed nagminnym gapieniem się w otwarte palenisko (ale do dziś uwielbiam patrzeć na płonące świece).
Taki piec był nieoceniony, gdy grzał, ale nienawidziłam poranków, gdy budziłam się w lodowatym pokoju, bo przez noc nikt nie karmił paleniska drewnem i od obrażonych kafli biło chłodem. Rano to nie był ten sam piec co wieczorem. To był tylko kaflowy mebel w rogu pokoju.
Wtedy wolałam iść do kuchni, gdzie stała brzydsza siostra pieca, węglowa kuchnia, pod która ogień buzował od samego rana. Kuchnia nie tylko dawała ciepło, ale na jej blasze gotowała się woda do mycia, bo w kranach była tylko zimna. Na blasze można było przyrumienić kromkę chleba, upiec talarki ziemniaków, świeżo zerwane pieczarki, a nawet usmażyć na płycie jajko. Kto nigdy tego nie robił, nie zrozumie, że można tęsknić za kuchnia węglową. Babcine kuchnie miały jeszcze taka tajną skrytkę, to znaczy ona nie była ani tajna, ani nie była skrytka, tak tylko mnie, dziecku wówczas się wydawało. To po prostu była duchówka, gdzie dochodziły gołąbki, gdzie babcia piekła drożdżowe ciasto, skąd wychodziły przepyszne serniki.
Nad piecem suszyły się grzyby, a czasem podsuszało pranie, zimą przynoszone z dworu skostniałe, sztywne od mrozu spodnie albo swetry.
Wtedy, gdy elektrownia wyłączała prąd, a w owych czasach kryzysu, kiedy był 20 stopień zasilania, zdarzało się to często, nie marzliśmy przy chłodnych kaloryferach jak dziś. Ale dziś po piecu, jak to u Białoszewskiego, została dziś „szara naga jama”. I byle burza geomagnetyczna może pozbawić nas ciepła. A co gorsza prądu – a bez prądu to już koniec świata ![]()