
Ze zdumieniem i niesmakiem obserwuję od kilku dni hejt na nauczycielkę języka polskiego, która wzięła udział w popularnym teleturnieju i miała problem z odpowiedzią na pytanie ze swojej dziedziny. Wahała się nad wyborem właściwego wariantu zapisu ortograficznego. Kpiących z jej „wpadki” można liczyć w tysiącach. Tysiące nieomylnych, pewnych swojej wiedzy Polaków szydzi z kobiety, która miała chwilę wątpliwości (ostatecznie udzieliła poprawnej odpowiedzi). Tysiące Polaków, którzy nadali sobie prawo do oceniania innych na podstawie jednej chwili. Rzesze ludzi, którzy wyznają zasadę, że potknięcia się nie wybacza. Oczywiście cudzego.
Ja też jestem polonistką. Może ktoś myśli, że wykonując ten zawód, mam obowiązek być nieomylną w kwestiach ortografii, interpunkcji, składni czy faktów historyczno- lub teoretycznoliterackich. Niestety, popełniam błędy, mam chwile niepewności, czasem muszę sięgnąć do źródeł, by sprawdzić fakty z biografii pisarza, treść utworu, zasadę pisowni. Tak to wygląda na co dzień. Czasem mówię uczniom wprost: „nie wiem, ale postaram się dowiedzieć”. Nie wiem, jak to wypada w ich oczach, ale wolę być autentyczna, nawet za cenę – nazwijmy to – autorytetu. Już dawno wyciągnęłam – jak to się określa – kij z tylnej części ciała. Złapałam balans między powagą a luzem i nieobca mi autoironia.
Pamiętam, że na początku mojej pracy w liceum uczyłam klasę z grupą ancymonów, którzy – jak się dowiedziałam post factum – testowali przez kilka lekcji moją wiedzę, zadając mi pytania na podstawie treści podręcznika
. Chyba zdałam egzamin, bo odpytywanie po kilku lekcjach ustało (może się znudziło), a nasze relacje w konsekwencji były całkiem życzliwe, mimo schematu nauczyciel-uczeń.
Ale pamiętam też, że przed wielu laty jako redaktorka Echa popełniłam w artykule błąd ortograficzny, który odkryłam dopiero, gdy nasz miesięcznik przyszedł z drukarni i na korektę było za późno. Nie spałam ze wstydu i stresu parę nocy. Zamartwiałam się: „Co ludzie powiedzą”. A ludzie pewnie nawet nie zauważyli. Dziś dalej popełniam błędy, może nie tak poważne, ale robię mnóstwo literówek, bo pisanie na klawiaturze, mimo kilkunastoletniego doświadczenia, nie jest moją specjalnością.
Ale dziś daję sobie więcej swobody, więcej luzu, bo do refleksji, że każdy ma prawo do błędu – dorosłam. Nie ma ludzi nieomylnych, a im więcej robimy i to na ludzkich oczach, a szczególnie pod ich bacznym i surowym wzrokiem, popełniamy relatywnie więcej więcej błędów. Ale każde takie potknięcie jest lekcją pokory i szczebelkiem do jakiegoś celu. Choć i tak u kresu naszych dni będziemy ciągle tekstem przed korektą.