
Prima aprilis kiedyś mnie bawił. Nawet niedawno jeszcze potrafiłam się śmiać z żartów i – co dziwne – nawet z uczniowskich. Czasem oni wprowadzali mnie w błąd, jak na przykład jedna z politechnicznych klas, która totalnie przemeblował mi pracownię podczas długiej przerwy, a czasami ja ich, gdy spóźnialskiemu zafundowałam chwilę stresu, każąc mu pisać kartkówkę z materiału, jakiego jeszcze nie było na lekcjach. Co ciekawe zorientował się po dobrych kilkunastu minutach, że coś tu nie pasuje z zapisanymi pytaniami ![]()
Dziś nie jest mi do śmiechy, bo rzeczywistość, szczególnie ta sącząca się przez media stała się jednym wielkim niesmacznym, a nawet wulgarnym żartem. Politycy grają tanie skecze, o świecie decydują błazny i kabotyni. Choć dla zmyły ze śmiertelnie poważnymi minami. Internetowi eksperci sączą nam prawdy objawione o kolejnych dietach cud i magicznych miksturach na porost włosów, przyrost mięśni, podniesienie biustu i pośladków czy tabletkach od wszelkiego nieszczęścia i zacierają ręce, że daliśmy się znowu wkręcić. Król gra chłopa, chłop udaje króla. Ale jak zbyt długo się żartuje, to przestaje być śmieszne, a zaczyna nużyć. A gdy się przebrnie przez ten wielki śmietnik newsów z kraju i ze świata, to już trudno odróżnić blef od faktu. Teraz, gdy przyszedł prima aprilis, już sama nie wiem, który to żart, a kiedy tylko ironia losu.