
Ostatnio na lekcji tłumaczyłam maturzystom realia PRL i stanu wojennego. Nie było to łatwe zadanie, bo dla nich jest to tak odległy i abstrakcyjny czas, jak dla mojego pokolenia II wojna światowa, więc te opowieści brzmią bardzo archaicznie. Ale że pewne niuanse z peerelowskiej rzeczywistości wciąż zalegają mi w pamięci, mogłam się nimi podzielić i wyklarować młodzieży, by lepiej poczuli klimat omawianej lektury. Mówiłam im o kartkach na cukier, mięso, czekoladę, o czynach społecznych, pustych półkach w sklepie, niedziałających telefonach, rozmowach kontrolowanych czy też problemach z nabywaniem papieru toaletowego…
I kiedy snułam te opowieści, doszłam do wniosku, że to były czasy, które z obywateli czyniły mimowolnie proekologiczne społeczeństwo. Skoro był kryzys, musieliśmy być oszczędni i zaradni. Atrakcyjne ubrania szyliśmy u krawcowej albo własnoręcznie. Przerabialiśmy starą odzież. Pamiętam, jak piękną białą chanelkę mojej mamy pozbawiłam kołnierzyka, wycięłam jej dekolt i obszyłam czarną koronką. Teraz oczywiście widzę szaleństwo tej decyzji, ale jest już za późno na żal
. Pruliśmy nienoszone swetry, by z włóczki z odzysku wydziergać szaliki, skarpetki, czapki… Prawie każda dziewczyna umiała za sprawą szydełka lub drutów wyczarować modowe cudeńka. Zresztą tę umiejętność wynosiliśmy nie tylko z domu, ale i z lekcji ZPT (zajęć praktyczno-technicznych). Skoro w sklepach dominowała szarzyzna, samodzielnie nadawaliśmy kolorów naszej codzienności, farbując sobie koszulki czy spodnie (jak trudno wtedy było domyć garnek!). Ze wstążek szyłyśmy spódnice. Kiedy podarły się rajstopy, nie wyrzucało się ich do kubła, tylko niosło do punktu repasacji, gdzie za sprawą sprytnej maszyny pani rzemieślniczka „łapała oczka”. Dziś nie do pomyślenia! Zresztą kto dziś jeszcze uprawia ten zawód? Ludzie, którzy umieli naprawiać zepsute ubrania, buty, sprzęty, byli w cenie. Nawet parasolki nosiliśmy do „rewitalizacji”. Nie mówiąc o butach, którym szewc nie tylko wymieniał fleki, ale wszywał nowe zamki, kleił podeszwy, a nawet odświeżał kolory.
Oszczędzaliśmy wszystko. Nawet papier toaletowy, bo przecież był na wagę złota. Nie było za to problemu z odpadami, nikt nie wyrzucał kartoników po mleku lub soku, bo mleko kupowało się w szklanych opakowaniach albo nalewało bezpośrednio do baniek, a kupowanie soków uchodziło za zbytek, kiedy mamy gotowały nam kompoty. Na zakupy chodziliśmy z siatką (bardzo wielokrotnego użytku). Plastikowe reklamówki uchodziły za rarytas. Jak już ktoś wszedł w posiadanie takiej torby (w podejrzanych okolicznościach
), to starał się ją użytkować najdłużej, ile to możliwe, a kiedy się rozpruła lub pękła, gorącym żelazkiem kleił dziury. Ileż kreatywności trzeba było wtedy posiadać, by radzić sobie z ponurą, siermiężną codziennością.
Te czasy nauczyły nas zbieractwa. Nie tylko kolekcjonowało się towar, jaki udało się nabyć w sklepie, do którego „coś rzucili”, nieważne, czy kawę, wyrób czekoladopodobny, czy encyklopedię, ale także opakowania po zagranicznych (czytaj: zachodnich) papierosach, puszki po imperialistycznych napojach, znaczki z dalekich krajów, papeterie (kto jeszcze pamięta, co to było?), widokówki…
Myślę, że choć to były bardzo trudne czasy, to nasza planeta, przynajmniej w tej komunistycznej części, była wdzięczna nam za tę naszą gospodarność. I czy rzeczywiście trzeba kryzysu, abyśmy zaczęli znowu żyć ekologicznie?