
Pierwszy tydzień nauki za nami. A za chwilę skończy się pierwszy weekend tego roku szkolnego, po którym tak wiele sobie obiecywałam i jak zwykle na planach skończyłam.
Trudno wrócić do trybu praca, gdy za oknem iście wakacyjne klimaty. Jeszcze trudniej wytrzymać, kiedy nagrzane mury, jak termos, grzeją nas w klasach i odbierają energię.
Już za moment wszystko się ustabilizuje, wróci do normy. My się wdrożymy w rytm, a wrzesień przypomni sobie, że jest wrześniem i obniży swój temperament ![]()
Jest tylko jedno, co mnie niepokoi w nadchodzącym roku – nowe przepisy ustawy, która potocznie określa się kamilkową.
Rozumiem intencje ustawodawców, pojmuję, że dzieci należy chronić przed niebezpiecznymi dorosłymi, psychopatami i socjopatami. Ale umówmy się, że jednak większość dorosłych i nauczycieli, i rodziców to ludzie normalni i wrzucanie wszystkich do jednego worka jest krzywdzące dla tej większości.
Nie wiem, czy twórcy przepisów naprawdę je przemyśleli, czy zastanawiali się, jak w praktyce ma wyglądać ich przestrzeganie, jaka jest szkolna rzeczywistość?
Według zapisów ustawy nauczyciel i uczeń nie mogą kontaktować się za pomocą mediów społecznościowych, komunikatorów, sms-ów i maili z prywatnego adresu.
Ja wygląda rzeczywistość? Uczniowie choć są zwykle w trybie on-line, rzadko korzystają z dziennika elektronicznego i e-maila, by wysłać lub odczytać wiadomość. Dziennik służy im zazwyczaj jako informator o otrzymanych ocenach i wpisanych nieobecnościach. Za to na wiadomości messengerowe lub whatsappowe odpowiadają błyskawicznie. Od razu odczytują też smsy. Teraz ta droga komunikacji zostanie przerwana. Już nie będę mogła powiadomić uczniów na wakacjach, że musimy się spotkać przed rozpoczęciem roku, by przygotować apel, a przyznam i niech mnie nawet za to zamkną w areszcie, że tak kilka tygodni musiałam zrobić.
Drugi absurd. Nauczyciel nie może własnym telefonem robić zdjęć uczniom, dokumentując szkolne eventy. Do tego ma służyć sprzęt służbowy. Pytanie: kto z nas dysponuje służbowymi telefonami lub aparatami?
Jako że jestem odpowiedzialna za prowadzenie fanpage szkolnego i strony internetowej, muszę mieć materiał do publikacji. Mogę oczywiście poprosić ucznia o wykonanie zdjęć, ale uczeń musi mi je wysłać. Wysyłając, narusza zakaz kontaktu, a ja na swoim telefonie będę mieć zakazane zdjęcia. Jak się nie obrócę, tyłek z tyłu.
Nigdy nie uderzyłam żadnego ucznia, nie molestowałam seksualnie, nie jestem psychopatką ani socjopatką – ale według ustawy jestem potencjalnym zagrożeniem dla swoich podopiecznych.
Trochę to smutne, że przy tak małym szacunku do naszego zawodu (prestiż nauczyciela – według badania opinii publicznej – jest mniejszy niż szewców) dodatkowo zostaje podkopany nasz autorytet takimi zapisami w ustawie, która chroniąc dzieci, wylewa – nomem omem – dziecko z kąpielą.
A może się mylę? Pewnie tak – przecież jestem tylko nauczycielką.