Czy jestem dziadersem?

Myślałam, że sobie dam spokój z całą tą, za przeproszeniem, gównoburzą o umieranie/zdychanie zwierząt, czyli zamieszaniem wywołanym przez prof. Bralczyka, ale jednak nie umiem odpuścić. Tym bardziej, że nie cierpię hejtu, a ten właśnie stał się udziałem ludzi niezgadzających się z opinią językoznawcy.

Na wstępie wyjaśniam: po pierwsze: kocham zwierzęta, po drugie: jako polonistka – mam szacunek do języka, i wreszcie po trzecie: szanuje ludzi, nawet jeśli mają inne poglądy niż moje.

Skoro już fundamentalne kwestie wyłuszczyłam, pora na resztę. Czy zwierzę zdycha czy umiera? Od dzieciństwa byłam uczona, że zdycha. I wcale to określenie nie umniejszało ani dramatu moich kotów, psów, czy babcinego konia, ani mojej rozpaczy, gdy się z nimi żegnałam. One zdychały, a ja zalewałam się łzami i cierpiałam z nimi. Słowo to nie miało nigdy dla mnie wymiaru pejoratywnego. Ale jednocześnie rozumiem ludzi, którzy powiedzą, że jego zwierzę umarło. Mamy prawo i do takich określeń, choć język oferuje wiele zamienników. Zwierzę może po prostu odejść, może nas opuścić, przejść za tęczowy mostek…

Słowa tu są tylko słowami, a najważniejsze są intencje, jakie za tymi słowami stoją. Ktoś może powiedzieć, że zdechł mu pies i doświadczać ogromnej rozpaczy, a ktoś powie, że mu pies umarł, a za tydzień po prostu kupi sobie nowego i będzie po sprawie.

Słowa bywają formą, ale forma nie może istnieć bez treści. To my, swoimi uczuciami nadajemy tę treść. Również w podanym przypadku.

Należę do pokolenia, które używało innych słów niż dziś akceptowane na te same zjawiska, wartości czy ludzi. Wychowywałam się na „Murzynku Bambo” i nigdy słowa „Murzyn” nie traktowałam jako obelgi. Dziś zostałabym zlinczowana, co najmniej wzrokiem, przez moich rozmówców, kiedy użyłabym tego archaicznego i nieakceptowanego określenia. Musiałam się przestawić, bo presja otoczenia była silniejsza niż przyzwyczajenie.

Ciągle walczę z tym, by nie wymsknęło mi się określenie „Cygan”, bo wiem, że dziś mówimy „Rom”. A ja przez dekady swojego życia słyszałam o Cyganach, widziałam Cyganów, czytałam o Cyganach.

Żyjemy w czasach dbania o formę, nie tylko fizyczną, ale również tę językową, Poprawność polityczna każe nam przestawiać się na inny kod, mimo że czasami wychodzą z tego językowe potworki w stylu „osób uczniowskich” (dlaczego nie osób uczących się?). Ale szkoda, że za tym wszystkim nie idzie szacunek do drugiego człowieka, co można między innymi zauważyć na postawie ostatnich wydarzeń medialnych dotyczących wypowiedzi językoznawcy, wobec którego formułowano różne określenia (najbardziej delikatne to „dziaders”).

Szkoda też, że kochając zwierzęta, nie umiemy zaakceptować człowieka (na dowód wystarczy poczytać internetowe fora animalsów).

A swoją drogą ciekawa jestem, co byłoby, gdyby zwierzęta umiały mówić i pisać?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *