Kto lubi zimę?


Kiedy dziś rano przy siedmiostopniowym mrozie wsiadałam do auta, modląc się, aby akumulator nie zastrajkował, przypomniało mi się, jak latem wkurzałam się, że jest za gorąco. Co mi w wtedy w tym przeszkadzało?


Moja niechęć do zimy i zimna jest wprost proporcjonalna do liczby przeżytych wiosen, czyli po prostu rośnie wraz z wiekiem i nie zanosi się na to, by cokolwiek się zmieniło.
Może zima bywa estetyczna, szczególnie, kiedy śnieg pokryje leżące w rowach opakowania po czipsach, butelki po „małpkach” i psie odchody, ale jednocześnie ten sam śnieg utrudnia chodzenie, jeżdżenie i wymaga machania łopatą na podwórku. A jak widomo, najwięcej zawałów serca zimą powoduje odśnieżanie podjazdów i chodników.
Zima to skrobanie szyb samochodu, zimny fotel w aucie, to sól i piach na butach. Zimną wszystko jest wyzwaniem: wyjście z łóżka, z ciepłej pościeli, wbicie się w termoaktywne gatki, łapanie równowagi na oblodzonym chodniku, utrzymanie w ryzach włosów, które puszą się pod czapką, niezgubienie jednej rękawiczki (już lepiej zgubić dwie). Wyzwaniem jest też utrzymanie wagi, bo od lat obserwuję pewną koincydencję: im chłodniej tym ciaśniejsze mam ubrania.
Są jednak osoby, którym się zima podoba, ale ja ich nie rozumiem. Na przykład mój mąż, który na pytanie, czy jest zimno, mówi: „nie zimno, rześko.” Kurczę, rześki to może być staruszek po zażyciu suplementów diety i wsmarowaniu w plecy voltarenu. Ale nie mroźne powietrze o poranku.
Zima może cieszyć tylko w kilku przypadkach. Pierwszy z nich to dzieciństwo. Sama pamiętam, jaką radość dawało mi lepienie ze śniegu nie tylko klasycznych bałwanów z węgielnymi oczami, ale nawet igloo (bo wtedy śniegu było naprawdę pod dostatkiem). Nie przeszkadzały mi mokre buty, oblepione lodem wełniane rękawiczki czy białe od śniegu i sztywne od mrozu spodnie. Wracałam do domu w stanie ogólnego zamrożenia, z czerwonymi policzkami i tej samej barwy nosem. I było pięknie. Nie wiem, czy moich rodziców to cieszyło tak samo. Wątpię.
Poza dziećmi zimę lubią narciarze. I ja to akceptuję, aczkolwiek nie podzielam tej fascynacji poruszania się na dwóch „deskach”, choć próbowałam i w tej materii się odnaleźć, jeżdżąc na biegówkach. Było – minęło. Narty i buty kurzą się w garażu, czekając na cud wskrzeszenia mojego doń entuzjazmu.

Inną sytuacją, kiedy zima może być znośna, to oglądanie jej przez okienna szybę, za którą chmara sikorek pałaszuje zboże w karmniku a ja z ciepłą herbatą obok kaloryfera wcinam makowiec, wdrażając się powoli, ale sukcesywnie i konsekwentnie, w przedświąteczną atmosferę 😊.
I ta atmosfera to jak na razie ostatni argument na rzecz uroku zimy 😊.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *