
Mimo pauzy od nauczania obserwuję to, co się dzieje w oświacie i to, jak nauczyciele radzą sobie z niełatwym procesem dydaktycznym w czasach, gdy w szkole akurat najmniej chodzi o naukę. Jeśli ktoś myślał inaczej, to muszę go rozczarować. Dziś szkoła jest zakładem opiekuńczo-rozrywkowym, a nauczyciel psychologiem, terapeutą, nianią i animatorem zabaw. Patrzę na to z pewnym dystansem, jak przez szybę kawiarni czasem obserwuję ulicę, ale bywa, że pewne treści zatrzymują na chwilę moją uwagę i eskalują emocje. Na przykład szum wokół młodzieżowego słowa roku. Zanim wyjaśnię, dlaczego porusza mnie to zjawisko, pozwolę sobie na mały wstęp do meritum.
Od kilku lat niepokoi mnie, że muszę uczniom szkoły średniej wyjaśniać słowa, które wydają się nietrudne semantycznie. Słyszę na lekcji: Co to jest substytut? Co to znaczy, że pisze autor lapidarnie? Może pani wyjaśnić, co to jest konkluzja? A co znaczy afirmacja? Kilka lat temu temat pracy maturalnej zaczynał się słowami: „Porównaj kreacje matek w „Granicy” i „Przedwiośniu” …” I co robili piszący rozprawki? Dokonywali ekwilibrystyki intelektualnej, by opisać wygląd sukni pani Niewieskiej i Jadwigi Barykowej. Dlaczego? Ponieważ słowo „kreacja” jednoznacznie kojarzyło się maturzystom z ubiorem a nie ze sposobem przedstawienia postaci. Tak samo jak na innej maturze, gdzie punktem wyjścia była „Lalka” a tekstem źródłowym fragment o kłopotach finansowych Łęckich, uczniowie pisali, że Izabela musiała sprzedać swoje srebrne pierścionki, bo słowo „srebra” takie miało w ich rozumieniu znaczenie.
Uczniowie nie znają przysłów, związków frazeologicznych, nie rozumieją ich metaforyki, wielu z ich interpretuje je dosłownie.
Skąd ta zapaść? Powodów ubóstwa językowego jest wiele. Można oskarżać o to nowe media, ogólny upadek kultury wypowiedzi, pismo obrazkowe – coraz bardziej rozpowszechnione, niechęć do czytania…
Dlatego tak bardzo irytują mnie pomysły nauczycieli, którzy pewnie dlatego, aby być bardziej „cool”, „sigma” czy – jak to boomersi mówili – „w dechę”, ignorują problem, a nawet go generują. Czytam jak jedna z influencerek polonistycznych chwali się, że poprosiła uczniów o streszczenie lektury slangiem z użyciem wyrazów nominowanych do młodzieżowego słowa roku. W sieci mnóstwo ochów i achów, jaka pani kreatywna i postępowa. Inna polonistka pisze, że zaproponowała uczniom napisanie dialogów składających się z tych dziś popularnych i odjechanych określeń typu: OKPA skibidi, 67, slay, szpont… Pod wpisem nauczycielki znów różaniec pochwał i zapowiedzi typu: „super, muszę to u siebie zastosować”.
Cieszę się, że ja nic nie muszę, bo mam urlop. Ale boję się, że jeszcze trochę, a na maturze pojawi się temat: „Wyjaśnij, co autor miał na myśli pisząc: „Ale beka, totalny XD, ta akcja była taka cringe, że aż zrobiłem facepalm, serio sztos!”. Odpowiedź uzasadnij memem”.
Ale wtedy już być może to wszystko sprawdzać będzie AI, bo patrząc na średnią wieku nauczycieli, jest ryzyko, że wszyscy wymrą jak dinozaury …i jak język polski.