Z tarczą i na tarczy

Przywiozłam niedawno z domu rodziców zapodzianą przed dekadami tarczę szkolną z liceum. Młodsze pokolenie nie wie pewnie, o czym piszę i zapewne nie potrafi sobie wyobrazić, że kawałek materiału z haftowanym napisem „Liceum Ogólnokształcące” potrafił wywołać tyle emocji?

Tarcza była czymś więcej niż tylko szkolnym gadżetem. Była symbolem przynależności do grupy. Dziś, w epoce markowych plecaków, smartfonów i swobodnego dress code’u, trudno uwierzyć, że kiedyś tak wiele zależało od tego, czy tarcza jest na swoim miejscu.

Bo kiedyś uczniów obowiązywał bardzo rygorystyczny dress code. W szkole podstawowej, a zaczynałam w niej naukę w latach 70. XX wieku, chodziliśmy ubrani w granatowe fartuszki z białymi kołnierzykami. Do fartuszków na prawym ramieniu przyszyta była tarcza szkolna. W podstawówce ta tarcza była granatowa z białymi napisami. Po kolorze i nadruku na tarczy identyfikowano uczniów, przypisując ich do konkretnej szkoły. Wtedy w naszym mieście były trzy podstawówki. Na mojej tarczy był numer 3. Był też napis wskazujący na patrona szkoły, a wtedy nasza podstawówka nosiła imię Aleksandra Zawadzkiego, o czym pewnie wielu chciałoby zapomnieć 😉

Tarcza była obowiązkowa. Brak emblematu na ramieniu groził uwagą w dzienniczku (kto jeszcze pamięta, czym były dzienniczki ucznia?).

Jedynym momentem, kiedy można było przyjść do szkoły bez fartuszka i tarczy, były dni mundurowe, kiedy wszystkie zuchy i wszyscy harcerze wkładali mundurki ZHP. Były też, ale to w późniejszym czasie, tak zwane kolorowe piątki, kiedy po prostu uczniowie ubierali się zwyczajnie i nie musieli ukrywać tego pod granatowym poliestrem.

Kiedy chodziłam do podstawówki, chciałam już mieć czerwona tarczę. Czerwona tarcza to było nie byle co – nosili ją starsi uczniowie – licealiści. Taka tarcza była jak przepustka do świata „dorosłych”. A tak to jest, że w młodości chce się być starszym, a na starość -młodszym 😊

Czerwoną tarczę dostałam w połowie lat 80. I mimo, że byłam już licealistką, to nadal obowiązywał mnie zapisany w statucie strój. Nosiliśmy mundurki, choć może bardziej stylowe i „dorosłe” – granatowe spódnice (chłopcy spodnie) i tego samego koloru żakiety (chłopcy marynarki)

Przy wejściu do szkoły dyżurni lub nauczyciele sprawdzali, czy tarcza jest na uczniowskim ramieniu. Kto jej nie miał – była reprymenda.

Okazało się, że po pierwszym okresie zachwytu tym wymarzonym licealnym emblematem, przyszedł szybko czas znudzenia, a wręcz poczucia żenady. Dlatego też zamiast na stałe przyszywać do ramienia tarczę, przypinaliśmy ją szpilką lub agrafką. To jednak było „ścigane z urzędu”. Ale po paru latach (zaczynał się wiatr przemian) wywalczyliśmy bardziej nowoczesną formę tarczy – metalową na szpilce. Z nią to dopiero były problemy 😉Wypinała się samoistnie, gubiła i… nikogo to już nie dziwiło. Nawet nauczyciele rozumieli, że trudno taką tarczę utrzymać na miejscu 😊. I to już był początek końca szkolnych tarcz.

I o ile wtedy tarcza była dla mnie synonimem obciachu, to dziś patrzę na nią z uśmiechem nostalgii i sentymentem. Ten mały kawałek materiału pokazuje mi, jak bardzo zmienił się świat. Czy na lepsze? To już sami sobie dopowiedzcie.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *