„Siątki”, czyli objawy dziadzienia

W kultowym serialu „Czterdziestolatek” jest taka scena, kiedy inżynier Karwowski, wówczas jako dyrektor, rozmawia z sekretarką na temat typowych dolegliwości, jakie dopadają sprawujących to stanowisko. Jako że zazwyczaj ten szczebel kariery osiągano w wieku zaawansowanym, choroby, które nękały dyrektorów potocznie nazywano „siątkami” – do pięćdziesiątek, sześćdziesiątek… etc.

„Siątki” nie są zależne od sprawowanej funkcji, stanowiska, płci… „Siątki” to klątwa, która dopada każdego. Są demokratyczne i niezależne od naszych chęci czy niechęci.

O „siątkach” pomyślałam sobie dziś, przy dwóch okazjach, ot taka kumulacja zdarzeń.

Rano poszłam na umówioną wizytę do pewnego specjalisty od przypadłości szyjnych i stwierdziłam: po pierwsze, że ostatnio prawie każdy lekarz, z którym mam do czynienia jest prawie połowę młodszy ode mnie, a przynajmniej mógłby być moim starszym dzieckiem; po drugie: ilość makulatury, z jaką wychodzę z gabinetu, przypomina stosik wypracowań, które niedawno przynosiłam do sprawdzania.

Po południu pojechałam do sklepu i kupiłam sobie buty, z których cieszę się jak głupia. I wcale to nie są eleganckie szpilki na 10 centymetrowych obcasach, a elastyczne, miękkie obuwie sportowe, w którym czuję się jak w kapciach. Jeszcze niedawno, kiedy kupowałam sobie buty, pytałam Męża, czy ładne, on odbijał pytaniem: a wygodne? Oj wkurzał mnie wtedy niemiłosiernie. Dziś przyszłam do niego i mówię: zobacz, jakie wygodne buty sobie kupiłam! 😊.

I to właśnie chyba są objawy „siątek”… albo symptomy dziadzienia. W sumie na jedno wychodzi. Ale z drugiej strony to też pewna wolność od spiny i przymusu. Dlatego zadowolona patrzyłam na te moje nowe, mięciutkie buty, takie, które jeszcze dekadę temu wywołałyby u mnie dreszcz wstydu, bo przecież „kobieta powinna mieć klasę”, a klasa, jak wiadomo, zaczyna się od obcasa. I naszła mnie refleksja, że dziś ta klasa zaczyna się od tego, że nie boli mnie kręgosłup czy inny układ kostny, a jedyną rzeczą, którą mam ochotę podkreślać, jest własna wygoda. I może jeszcze to, że potrafię sama sobie powiedzieć: „Nie musisz już nikomu nic udowadniać”.

A jeśli starzenie się ma wyglądać tak, że człowiek wreszcie zaczyna chodzić własną drogą i to w wygodnych butach, to ja w to wchodzę. Byle miękko. Byle bez pośpiechu. Byle z dystansem i uśmiechem. I rzadszymi wizytami u młodych doktorów, choćby najbardziej przystojnych 😊

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *