
Kiedy kwitną kasztany to nie tylko czas tak kochanych przez nas majówkek. Dla najstarszych roczników szkół średnich to przede wszystkim, niezależnie od aury, gorący okres matury. Do niedawna był to też dla mnie stresujący moment, bo mimo że swoją maturę zdawałam ponad 30 lat temu, to, od kiedy zaczęłam pracę w szkolę, niemal co roku wiodłam kolejne roczniki licealistów ku egzaminowi dojrzałości. Denerwowałam się tym, jak wypadną w obliczu zadań i tematów przygotowywanych przez CKE, martwiłam się, czy wszyscy zaliczą pozytywnie ten rzekomy test na dorosłość, zastanawiałam się, jak statystycznie wypadną moi uczniowie w odniesieniu do reszty maturzystów…
Od niedawna, od paru lat przestałam się tym tak zamartwiać, przestałam maturę traktować poważnie, bo zrozumiałam – szkoda, że dopiero teraz – że ten egzamin to gra pozorów.
Maturzyści robią wszystko, by zadać, łamiąc reguły, a nauczyciel, choć wie, że tak jest, nie robi nic, bo najczęściej jest po prostu bezradny.
Ktoś może, i słusznie, powiedzieć, że tak było zawsze. Zawsze uczniowie ściągali, nauczyciele przymykali na to oko, a co życzliwsi nawet pomagali, przy okazji dbając o podniesienie poziomu wyników szkoły. Oszukiwanie systemu mamy we krwi. Pańszczyzna, zabory, komuna nauczyły kombinowania do tego stopnia, że osoby uczciwe postrzegano w kategorii frajerów albo – co gorsza – nieudaczników.
Dziś jednak mamy do czynienia z rozbudowanym przemysłem okołomaturalnym, który ma sprawić, że nawet największy leń i ignorant w lipcu będzie miał szansę aplikować na uczelnię wyższą wyposażony w certyfikat CKE. Okulary z AI skanujące tekst zadań i podpowiadające rozwiązania, minisłuchawka w uchu, dzięki której ktoś z zewnątrz dyktuje właściwe odpowiedzi, przemycane do sali egzaminacyjnej telefony, które wysyłają treść arkusza, przecieki z CKE… I do tego jeszcze prawnik-celebryta na Instagramie sugerujący maturzystom „rozchorowanie się” w dniu egzaminu, żeby wydłużyć sobie o miesiąc czas na przygotowania…
Wystarczy spryt, trochę pieniędzy i …matura to bzdura. A może rzeczywiście to zupełnie niepotrzebny test? Bo jeśli tylko sprawdza głownie to, jak młody człowiek, często kombinując, pokona kolejną przeszkodę na swojej drodze, to może zamiast rozbudowanego systemu egzaminacyjnego, po prostu zafundować absolwentom survival w lesie. Będzie weselej, taniej i bardziej życiowo.
P.S. Wiem, że wśród maturzystów jest wielu naprawdę uczciwych (osobiście takich znam i trzymam za nich kciuki), ale tak już jest, że mała łyżka dziegciu zepsuje beczkę choćby najszlachetniejszego miodu.