
Od kilku dni nie mogę wyjść z zachwytu, oglądając zdjęcia wykonane przez astronautów z Oriona. Obraz ciemnej strony księżyca, widok Ziemi z pasem zorzy polarnej, zaćmienie słońca… Wiele bym dała za to, żeby zobaczyć te zjawiska na własne oczy. Niestety, muszę zadowolić się cudzymi kadrami. Póki co, bo być może doczekam czasów, że podróże w kosmos będą dostępne tak powszechnie jak dziś wycieczki na drugi kontynent. Oj rozmarzyłam się ![]()
Mogę się tylko domyślać refleksji astronautów, którzy patrzyli na Ziemię z perspektywy niewyobrażalnej dla mnie odległości. Zdjęcia naszej planety zachwycają kolorami oceanów, bielą chmur, sepią lądu. Z daleka nie widać pływającego w wodach mórz plastiku, martwych ryb, zalegających na plażach Afryki starych ubrań, które znudziły się mieszkańcom tak zwanego pierwszego świata, nie widać zawiesistego smogu nad miastami, trudno dostrzec toczące się wielkie wojny między państwami i małe wojenki między sąsiadami zza płotu. Ba! Nie widać ludzi! Tak już jest, że z oddalenia wiele zjawisk wygląda lepiej, mniej groźnie, przyjaźniej. Z dystansu można dostrzec absurd pewnych problemów, nieistotność konfliktów, śmieszność ludzkich spraw. Tam, z góry, nie ma „naszych” i „ich”, lepszych i gorszych, wygranych i przegranych. Jest tylko kula zawieszona w czerni, wbrew wszystkiemu, co z nią robimy uparta – jak na razie – w swoim trwaniu.
I myślę sobie, że ten dystans bardzo by nam się przydał na co dzień. Nie po to, żeby przestać widzieć problemy, ale żeby zobaczyć je w odpowiednich proporcjach, bo jak się patrzy zbyt blisko na pewne sprawy, to łatwo zobaczyć swój czubek nosa, a to nie jest najlepsza perspektywa.
Dystans jest bardzo potrzebny, ale też nie można z nim przesadzić, aby nie zmienił się w ignorancję.
P.S. Zdjęcie to moja wersja podróży na Księżyc ![]()