Nie tylko dla kobiet

Przeczytałam gdzieś, że ciało to projekt. Nad ciałem trzeba pracować, bo jest wizytówką człowieka. Najczęściej człowieka – kobiety, bo one podlegają surowszej ocenie. Ciało mówi, kim jesteśmy nie tylko w sensie płci (choć to ostatnio zawodne), rasy czy wieku (tu też można polemizować), ale również prestiżu społecznego.

Miałam nadzieję, że w przeszłość odeszło przekonanie, że ciała musi być mało, żeby spełniać oczekiwania społeczne. Połykanie wacików nasączonych sokiem z cytryny, picie octu, żywienie się liśćmi sałaty… Mierzenie talii krótszym bokiem kartki A4, trend z układaniem monet w zagłębieniach obojczyków (im więcej się zmieści, tymś piękniejsza)… Dlatego jako kobietę z krwi kości i tłuszczyku ucieszył mnie ruch bodypositive, czyli akceptacja dla różnorodności. Ucieszył, ale na krótko, bo już jest w odwrocie. Znowu powiedzenie: małe jest piękne odnosi się do grubości tkanki tłuszczowej w ciele kobiety.

Na wybiegach, galach, festiwalach pokazują się wyszczuplone celebrytki, które nie mają ani brzuchów, ani piersi, nie mają też bioder, za to eksponują mocno zarysowane kości policzkowe i zapadnięte policzki. W takiej wersji niedawno wystąpiła słynna Demi Moore czy Kelly Osborne.

Wychodzę z założenie, że to, ile ważymy i jak wyglądamy, jest naszą prywatną sprawą, ale jeśli media i idąca ich tropem opinia publiczna narzucają jakieś standardy, to już jest niepokojące. A właśnie taka sytuacja tutaj zaistniała, bo wielu dziennikarzy i dziennikarek wręcz piało z zachwytu nad wychudzonymi celebrytkami, nie tylko normalizując taki stan ciała a wręcz afirmując nadmierną szczupłość.

Nie będę nadmiernie rozwodzić się nad tym, jakimi sposobami teraz celebrytki rasują kształt swojego ciała i ile w tym zasługi analogów GLP-1, czyli między innymi Ozempiku. Ale nie mogę pominąć tego faktu, że leki, które są stosowane na otyłość, przyjmują osoby, których o tę chorobę trudno posądzić.

A potem słyszymy lub czytamy w mediach z ust piosenkarki, prezenterki, dziennikarza, że wystarczy odstawić mąkę albo nie jeść po 18.00, żeby schudnąć 25 kilogramów. Nie wierzę w to, jak kiedyś nie wierzyłam dwudziestoletnim modelkom reklamującym krem na zmarszczki dla 50+ (na szczęście już takiej ściemy nie ma w reklamach).

Po co o tym wszystkim piszę? Dlatego, że ogarnia mnie wściekłość, że media zapominają o odpowiedzialności społecznej za przekaz, jaki emitują. A odpowiedzialność polega na zwykłej uczciwości, a nie dawaniu złudnej nadziei na sukces. Na powiedzeniu: „tak, schudłam, bo mam dostęp do pieniędzy, lekarzy, farmakologii”, a nie: „bo odstawiłam gluten i pokochałam siebie”.

Ciała nie są projektem. Są efektem genów, zdrowia, wieku, stresu, hormonów, chorób, pracy, macierzyństwa, żałoby i tysiąca innych rzeczy, o których nie opowiada się w śniadaniówkach.

I może dlatego ta fala zachwytu nad „nową sylwetką” tak mnie złości. Bo ona nie jest niewinna. Ona ustawia poprzeczkę tam, gdzie większość ludzi nigdy nie doskoczy. Bo z jednej strony mówi dziewczynkom i kobietom: możesz być mądra, pracowita, czuła i kompetentna, a z drugiej dopowiada: i tak najpierw będziemy patrzeć na to, ile cię jest.

A ja nie chcę świata, w którym znowu trzeba się kurczyć, żeby zasłużyć na zachwyt. Nie chcę mediów, które bezrefleksyjnie zachwycają się znikaniem. I nie chcę wracać do czasów, gdy kobiece ciało było nieustającym „do poprawki”.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *