
Kompas Jutra – to hasło, za którym kryje się kolejna reforma edukacji. Choć myślę, że słowo edukacja występuje tu na wyrost. Dlaczego? O tym później.
Kompas Jutra między innymi zakłada, ustami wiceministry, że uczniowie już nie będą się stresować nauczycielami i szkołą. Od wejścia w życie reformy najważniejszy stanie się dobrostan psychiczny uczniów. Szkoda, że tylko uczniów, ale w końcu szkoła jest dla nich, a nauczyciel to tylko usługodawca. A wiadomo – klient nasz pan.
Zastanawia mnie jednak, jak ten dobrostan osiągnąć i jednocześnie realizować zalecone treści, doprowadzając do progresu wiedzy i umiejętności u uczniów, ich sukcesu promocyjnego oraz pozytywnie zdanej matury, wedle oczekiwań ich rodziców?
Kiedyś na jedno z wielu szkoleń, jakie ostatnimi laty zafundowali nam pracodawcy, przyjechała ekspertka, która w zdecydowany sposób wypowiadała się na temat atmosfery w szkole. Na ogół atmosfera, rzecz jasna tworzona przez nauczycieli, nie sprzyja uczniom, nie zachęca do przebywania w szkole, a tym bardziej do uczenia. Nauczyciel powinien dbać o psychiczny komfort swoich podopiecznych, czyli w żadnym wypadku nie stresować. Emocje powinny być na pierwszym miejscu w tej piramidzie szkolnych wartości. Kiedy zapytałam ekspertkę, jak mamy zredukować uczniowski stres do zera a jednocześnie sprawić, żeby wynik matury był optymalny, czego żąda kuratorium, usłyszałam: pani ma wybór! Po tej podpowiedzi, o nic już więcej nie pytałam, uznałam szkolenie za kolejne do odhaczenia, a tym samym zmarnowane (bo niewpływające na mój warsztat) popołudnie na twardym krześle w dusznej sali.
Nie chcę, żeby ktoś, czytając, co piszę, wysnuł błędne wnioski, że jestem za zamordyzmem szkolnym, optuję za tym, by nauczyciel był postrachem i uprawiał edukacyjny terror. Absolutnie nie, bo wiem, jak to się kończy! Chodzi mi raczej o to, że szkoła, jako instytucja do pewnego wieku obowiązkowa, nigdy nie będzie kochana przez dzieci i młodzież, za to będzie źródłem stresu. Czasem większego, czasem mniejszego. Przypomnijmy sobie siebie samych z czasów szkolnych. Lubiliśmy wstawać rano? Chcieliśmy czytać lektury? Nie stresowały nas sprawdziany i kartkówki? Mieliśmy ochotę odrabiać zadania domowe? Jak czuliśmy się, gdy okazywało się, że nasze oceny nie są tak dobre, jak byśmy sami chcieli albo wymagali od nas rodzice? Czy nie brała nas złość na nauczyciela, który wymagał od nas więcej, niż chcielibyśmy z siebie dać?
Jednak braliśmy to na klatę i szliśmy przez ten etap naszego życia, by ostatecznie zdać egzamin dojrzałości i wybrać studia, gdzie – jak nam się roiło – będziemy wolni. Potem okazało się, że tu też nie jest tak pięknie, trzeba się uczyć, zaliczać egzaminy, walczyć o przetrwanie a na dodatek nie ma się komu poskarżyć, wszak jesteśmy dorośli. Po studiach na lepsze się nie zmieniło – zawodowy okres życia to dopiero emocjonalny hardcore. Bo takie już jest nasze tutaj bytowanie, że ciągle podlegamy presjom i ocenom. Sytuacje i ludzie czegoś od nas oczekują, a nasze samopoczucie w tym wszystkim najmniej się liczy. Życie jest wymagające, brutalne, nie gra z nami fair.
A tu ktoś projektuje sobie szkołę jako miejsce, gdzie najważniejszy ma być dobrostan psychiczny. Mam wrażenie, że tak nawet w przedszkolu pewne sytuacje generują stres, sama pamiętam, jak nie lubiłam leżakowania, zupy mlecznej czy rywalizacji o zabawki lub atencję pani Uli.
Dlatego nie wyobrażam sobie szkoły bez stresu, jeśli ma być przygotowaniem do życia. No chyba że chcemy przygotować życie pod młodych, wymiatając im spod nóg każdą kłodę. Ale wtedy byle patyczek pod stopami może być źródłem histerii.