
Po jednej z reakcji na moje wczorajsze słowa przekonałam się, że są ludzie, którzy chcieliby, aby o szkole i systemie edukacji, jak o zmarłym (co za dziwna koincydencja), mówić dobrze albo wcale. A ja mówię, jak jest i to się części moich czytelników nie podoba. Bo przyzwyczaili się, że nauczyciel to pokorny misjonarz, który posłusznie i z poświęceniem dźwiga kaganek oświaty, parząc sobie przy tym ręce. Który bezwarunkowo kocha dzieci i w tej miłości jest ślepy na to, co robią, a może bardziej – czego nie robią i robić nie zamierzają. Który bezwolnie, jak zwierzę pociągowe, orze to poletko minowe dzisiejszej pseudoedukacji.
A ja jestem człowiekiem z krwi i kości, mam ciało (mogłoby być go mniej), mam system nerwowy i połączony z nim mózg. Czasem ten mózg generuje niewygodne – dla pewnej grupy ludzi – prawdy. Mam za sobą spore doświadczenie, przeszłam przez wyboje wielu reform systemu, byłam pod „rządami” kilku lub kilkunastu ministrów, wypuściłam w świat niezliczoną rzeszę absolwentów. Jeśli coś piszę o szkole, to moje słowa wynikają z faktów, a nie pobożnej projekcji rzeczywistości. Szczególnie teraz, kiedy zrobiłam sobie wolne, mam jeszcze zdrowszy osąd, bo z dystansu patrzę na absurdy, których w rytmie codziennej pracy już się nie dostrzega tak wyraźnie. I cieszę się, że jestem u kresu swojej ścieżki zawodowej, a nie na jej początku, bo szalone i na oślep podejmowane próby reformowania szkoły, uzależnione od politycznych wiatrów (majstrowanie przy podstawie programowej, dodawanie i odejmowanie kolejnych przedmiotów, dziwne kryteria oceniania matur, nieudana próba wdrażania edukacji włączającej, chaos wokół zadań domowych, ocena funkcjonalna, Kompasy Jutra i inne busole wiodące edukację na manowce), są już nie do zniesienia dla praktyków. Może dlatego ich ubywa? A nie dlatego, że mało nam płacą.
Ale jeśli ktoś, nie znając mnie, ocenia moje kompetencje tylko na podstawie felietonu, który zrozumiał, jak chciał (nie mam już na to wpływu), to mówiąc potocznie: słabe to.
A jeśli próbuje mnie przy tym obrażać, to musi się bardziej postarać, bo, jako element systemu edukacji zwany nauczycielem, byłam i jestem nieustannie poddawana próbom dyskredytacji przez społeczeństwo (które zna się na wszystkim) i przez kolejnych ministrów. A jako „byt poszczególny” – żona człowieka pełniącego przez lata funkcję publiczną – przez lokalnych złośliwców
I jakoś to nie zmieniło poczucia mojej wartości, dlatego, że jakiś czas temu zrozumiałam, że nie wszyscy muszą mnie kochać, lubić, szanować, ale ja siebie tak.
A że się komuś nie podoba prawda, to już też nie mój problem ![]()