
Wybrałam się wczoraj pod wieczór na rower, by ochłodzić głowę. Jechałam przez pola, nie zatrzymując się, choć zwykle mam to w zwyczaju, że robię sobie pauzy na uchwycenie obiektywem telefonu tego, co warto zachować. Wczoraj wieczorną porą oka nie zachwycało nic. Niebo było bladoniebieskie, prawie sine od upału, zmęczone. Tak jak to zwykle w sierpniu u schyłku wakacji, a przecież to dopiero koniec czerwca. I o ile wzrok nie miał się czym cieszyć, to zapachy, które silniejsze są właśnie o zmierzchu, były tak intensywne, że mnie zainspirowały do tego tekstu. Pachniały lipy i pachniało siano.
Dla mnie, wnuczki rolników, zapach siana ma szczególne znaczenie. Jako że przez pierwsze pięć lat swojego życia i później każde wakacje do końca podstawówki spędzałam na wsi, wiem, z czym kojarzył się zapach siana. Kiedy przychodziły sianokosy, od rana słychać było z podwórka trudne do pomylenia z czymkolwiek odgłosy ostrzenia kosy. Tym zajmował się dziadek, który siedział pod lipą na pniaczku lub taborecie i stukał w ostrze kosy i pocierał je ostrzałką. Potem było koszenie, tym też zajmował się dziadek. Kiedy trawa lekko przeschła, babcia przewracała pokos, by słońce równomiernie wysuszyło to, co potem trzeba było zgrabić i zwieźć wozem zaprzężonym w klacz Baśkę do stodoły. Wóz opróżniało się, przerzucając siano widłami na najwyższą kondygnację budynku. Wszystko to działo się często pod presją czasu, by zdążyć, zanim spadnie deszcz, bo wtedy siano mogłoby zgnić i z całej pracy nie byłoby żadnego pożytku.
Siano pachniało oszałamiająco. Miało tylko parę wad – było kłujące i znajdowały się w nim, niekoniecznie lubiane wtedy przeze mnie, owady, szczególnie skorki. Opowieści o tym, że skorki, zwane też szczypawicami, mogą wejść do ucha, rozbudzały moją dziecięcą wyobraźnię, bynajmniej nie w pożądanym kierunku. Po prostu panicznie bałam się, że jakieś stworzenie zamieszka w moim uchu, i ten lęk nie opuścił mnie długo. Byłam wtedy już w liceum, kiedy koleżanka z klasy zaprosiła mnie i jeszcze parę koleżanek do siebie na wieś. To był początek wakacji. Jak się okazało – jedną z atrakcji miało być spanie na sianie w stodole. O matko! Na odwrót było już za późno, ponadto nie chciałam wyjść na histeryczkę, więc ległam na tym sianie w stodole, ale nie przespałam nocy, wyobrażając sobie, co czai się w tym sianie. Oczyma wyobraźni widziałam padalce, uszami wyobraźni słyszałam myszy i chodzące mi po trąbce Eustachiusza szczypawki.
Rano koleżanki były zachwycone przygodą, a ja z oczami na zapałki kimałam nad wiejskim śniadaniem, z poczuciem ulgi, że uszłam cało i kolejną noc spędzę we własnym łóżku. To wrodzone czarnowidztwo nie raz zepsuło mi chwile, które mogłyby być piękne, gdybym tylko pozwoliła sobie przeżywać je takie, jakie są, a nie takie, jak je sobie wyobrażam. Na przykład wtedy, gdy spędzałam już jako studentka i matka dwuletniego Kacpra wakacje w pięknej wielkopolskiej leśniczówce. Zamiast napawać się ciszą odludzia, pięknem krajobrazu, świergoleniem ptaków i bogactwem grzybów, zastanawiałam się, co zrobimy, jak wybuchnie pożar lasu. To, co miało być okazją do relaksu, było koszmarem, który rozgrywał się w mojej głowie.
To moje czarnowidztwo to nie pesymizm, to taki mechanizm obronny. Po prostu wolę być przygotowana na najgorsze, niż zostać zaskoczoną przez zbieg nieprzyjaznych okoliczności.
Ale tak się dziwnie składa, że kuksańce od losu dostaję w najmniej spodziewanych okolicznościach ![]()
Tak sobie pomyślałam, jadąc rowerem, upojona zapachem lip i siana