
Ile osób spotykamy w ciągu swojego życia? Szacunki są różne w zależności od zdefiniowania słowa „spotkanie”. Przeciętnie źródła podają, że to 80 tysięcy, ale biorąc pod uwagę interakcję wiele źródeł podaje liczbę 10 tysięcy osób. Według liczby Dunbara bliższe i stabilne relacje mamy maksymalnie ze 150 osobami jednocześnie (rodzina, przyjaciele, bliżsi współpracownicy).
Jestem pewna, że nasi dziadkowie, ich rodzice i rodzice ich rodziców… nie mieli w swoim życiu okazji do tak szerokich kontaktów. Ale zmienił się świat, ludzie nawiązują relacje nie tylko twarzą w twarz, lecz za pośrednictwem rozmaitych mediów. Jest tak, że choć nie poznaliśmy kogoś osobiście, za sprawą jego medialnego wizerunku staje się naszym „znajomym” jak postać z ulubionego tasiemca TV.
Czym to zagęszczenie ludzi wokół nas skutkuje? Socjolog, psycholog, kulturoznawca pewnie mieliby swoje teorie. Ja jestem tylko zwykłym obserwatorem zjawisk i pokuszę się o własną nieumotywowaną naukowo refleksję. Otóż ludzie, którzy nas mijają, z którymi ucinamy pogawędki, na których patrzymy, a szczególnie tych, których obserwujemy na Instagramie i ogólnie w mediach… są mniej lub bardziej ważnym komunikatem w naszym życiu, stają się naszym punktem odniesienia Patrzymy na nich i konfrontujemy się w odniesieniu do nich, porównujemy, co stwarza pewną presję i poczucie bycia niewystarczającym.
Kiedyś człowiek porównywał się najwyżej z sąsiadką, która miała bardziej wypielone grządki albo z sąsiadem, który wcześniej od innych kupił sobie Fiata w kolorze yellow bahama. Dziś porównujemy się z całym światem naraz, w tym z panią, która wstaje o piątej rano, medytuje, biega dziesięć kilometrów, potem piecze chleb na zakwasie i jeszcze zdąży wrzucić do sieci zdjęcie kuchni tak czystej jak sala chirurgiczna. Oczywiście nie wiemy, czy ta pani istnieje naprawdę czy może układa puzzle z wyreżyserowanych scen. Ale to nie przeszkadza nam poczuć się gorzej.
Bo współczesny człowiek, zamiast żyć swoim życiem, coraz częściej przegląda cudze. I buduje przekonanie, że wszyscy inni mają lepiej, mądrzej, ładniej i szybciej…
Ktoś pokazuje śniadanie, ktoś wakacje, ktoś sukces dziecka, ktoś remont łazienki, ktoś miłość, ktoś samotność, ale tę na życzenie i to w bardzo dobrym oświetleniu. A my z tych kawałków układamy sobie cudzą całość i przykładamy ją do własnego dnia, w którym akurat przypaliło się ciasto, pokłóciłaś się z mężem, a kot narobił na środek dywanu.
Może więc problem nie polega na tym, że znamy za dużo ludzi, tylko że za dużo ludzi wpuszczamy do środka. Nie do domu, bo tu jeszcze jakoś się bronimy („zadzwoń, jak będziesz chciał wpaść”). Wpuszczamy ich do głowy. Siadają tam sobie wygodnie, komentują, mierzą, wzdychają znacząco. Jeden mówi: „za mało białka w diecie”. Drugi: „tylko trening siłowy”. Trzeci poleca Ci fitness dla ciała, a czwarty stawia na cadrio dla duszy bądź medytację. I tak człowiek czuje się, jakby przegrał życie, konkurs piękności i olimpiadę z zarządzania czasem.
A przecież większość naszych żyć dzieje się poza kadrem.
Dlatego coraz częściej myślę, że higiena psychiczna naszych czasów powinna polegać nie tylko na zdrowym jedzeniu, spacerach i ograniczaniu cukru, ale także na ograniczaniu cudzych życiorysów spożywanych bez umiaru. Tak jak nie zjadamy całego tortu, który stoi na stole, tak nie musimy konsumować wszystkich ludzkich sukcesów, dramatów i metamorfoz podsuwanych nam przez ekrany.
Na tej „diecie” może okazać się, że nie jesteśmy wcale tak niewystarczający, jak nam się wydawało. Może jesteśmy po prostu normalni, czyli w dzisiejszych czasach już niemal ekstrawaganccy.