Lody, paski i dramy

Z pewnym zdumieniem, a nawet irytacją obserwuję medialną dyskusję dotyczącą świadectw z wyróżnieniem. Szum i zamieszanie zaczęły się po kuriozalnym apelu Rzeczniczki Praw Dziecka do właścicieli cukierni w Pszczynie, co by zaniechali wieloletniej tradycji i nie rozdawali darmowych lodów uczniom za świadectwo z biało-czerwonym paskiem, bo to wprowadza nierówność wśród dzieci.

Od razu zaznaczę, żeby ktoś mi czegoś nie imputował, że mój stosunek do świadectw z wyróżnieniem jest ambiwalentny. Wiem, jako nauczyciel, który prawie nabawił się siwizny w tym fachu, że beneficjentami tych wyróżnień są co najmniej dwie grupy uczniów. Jedna to ci, którzy są zdolni, pracowici i ambitni. Nauka przychodzi im bez trudu, chcą wyróżnić się z tłumu przeciętnych i robią więcej niż reszta, by osiągnąć sukcesy. Drugą grupę również charakteryzuje ambicja, ale już bez zdolności i pracowitości. Te cechy kompensowane są za to determinacją i uporem, bo kiedy takim uczniom brakuje „do średniej”, są jak kleszcze w wysokiej trawie – czają się na korytarzach, pod pokojem nauczycielskim, w drodze do toalety, by dopaść nauczyciela i dopiąć swego. Co prawda nie wypijają krwi, ale pasożytują na belferskich emocjach. Wniosek jest taki, że do świadectwa z wyróżnieniem nie zawsze prowadzą takie same drogi.

Jako nauczyciel, ale też rodzic, zawsze podziwiałam tych, których biało-czerwony pasek na świadectwie był „niewyżebrany”, a uczciwie zapracowany.

Sama jako uczennica szkoły podstawowej co roku w czerwcu przynosiłam najpierw odznakę Wzorowy Uczeń, a potem świadectwo z wyróżnieniem. Byłam uczennicą, której bez problemów przychodziło przyswajanie chemii, matematyki, języka polskiego… No może mniej zdolności wykazywałam na wuefie czy plastyce, ale przynajmniej się starałam 😉. Na poziomie szkoły podstawowej nietrudno było mi mieć piątki z rozmaitych przedmiotów. Jednak kiedy poszłam do liceum, stwierdziłam, że nie ma sensu rozmieniać się na drobne. Już wtedy miałam przeczucie, że na politechnikę nie pójdę, na AWF ani ASP też, więc skoncentrowałam się na przedmiotach humanistycznych, a z reszty wystarczyły mi trójki. Siłą rzeczy z takim podejściem nie liczyłam się w rankingach „paskowych” licealistów, nie wisiała też moja podobizna w galerii Primus inter Pares. I wcale nie było mi z tego powodu przykro. Ale jednocześnie doceniałam tych, którzy kończyli kolejne klasy z wyróżnieniem – niektórzy byli dla nas wręcz chodzącymi legendami 😊.

Dziś trwa dyskusja, czy świadectwa z wyróżnieniem powinny zostać zlikwidowane. Ktoś generuje jakiś temat zastępczy o małym znaczeniu strategicznym w obliczu naprawdę poważnych problemów gnębiących polską edukację.

Czytam, że powinno się skończyć z kultem prymusów. I tego już naprawdę nie rozumiem. Czy naprawdę w imię poprawności politycznej i dążności do egalitarności pragniemy unifikacji i równania w dół? Nie wylewajmy dziecka z kąpielą. Nie myślmy zero-jedynkowo, bo do niczego dobrego to nie doprowadzi.

Jak będzie się w kontekście tej dramy czuć młody człowiek, który uczciwie zapracował na wyróżnienie? Ma być potępiony przez społeczeństwo, że odstaje in plus od średniej tylko dlatego, żeby przeciętny uczeń nie poczuł się urażony?

Już przez edukację włączającą tracimy uczniów zdolnych, bo nie mamy czasu na pracę z nimi, gdyż więcej uwagi poświęcamy dzieciom z dysfunkcjami, a teraz jeszcze postawmy pod pręgierzem tych, którym jeszcze coś się chce. Nie o takiej szkole myślałam, gdy wybierałam swój zawód.

Jeśli zaczniemy dzieciom tłumaczyć, że sukces jest podejrzany, wysiłek opresyjny, a wyróżnienie krzywdzące dla tych, którym się nie chciało, to za chwilę jedynym bezpiecznym osiągnięciem będzie brak osiągnięć. Wtedy wszyscy zostaną na lodzie, choć bez lodów z cukierni w Pszczynie.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *