
Gdy od jakiegoś czasu media donoszą o czynach kryminalnych: napadach, kradzieżach, spowodowanych wypadkach, zabójstwach, od razu pojawiają się komentarze: „a jakiej narodowości był przestępca?”, co zasadniczo nie jest pytaniem, tylko z góry narzucaną tezą, że pewnie to obcokrajowiec, bo przecież obcy = zły/podejrzany. Polak by tak nie postąpił!
Ksenofobia, która przed wiekami kojarzyła się zaściankowością, zacofaniem i lenistwem intelektualnym, dziś rozplenia się jak perz po ugorze i co smutne – przestaje być powodem do wstydu. A społeczeństwo, które przyzwyczaja się do takiego odruchu stereotypowego postrzegania człowieka, staje się uboższe i moralnie, i intelektualnie. Bo tam, gdzie kończy się ciekawość człowieka, a zaczyna obsesja etykietki, tam wcześniej czy później kończy się też zdolność do uczciwego osądu.
Niektórzy z lubością kolekcjonują wszelkie złe uczynki popełnione przez nie-Polaków, skrzętnie pomijając niegodziwości, których autorami są rodacy. A im wyższe notowania mają skrajni prawicowcy, tym bardziej to niepokoi.
„Swoim” przypisujemy jakoby zakodowane w łańcuchu DNA: honor, altruizm, szlachetność, bogobojność i uczciwość, a jeśli któraś owieczka z tego naszego stada pobłądzi, powiemy, że to odstępca, to chora dusza, ewentualnie – patologia albo jakiś lewak
Jeśli natomiast amoralnie postąpi przedstawiciel „nienaszych”, wtedy narracja jest zgoła odmienna: „wszyscy ‘nienasi’ tacy są”, „po nich tylko tego można się spodziewać”. Jednostkowy czyn staje się powodem oskarżenia całego narodu. Rzecz jasne tego „nienaszego”.
To jednak miecz obosieczny, bo w świecie, kiedy granice nie są przeszkodą do podróżowania, zmiany miejsca zamieszkania i pracy, każdy z nas może być tym „nienaszym” na obcej ziemi. A wtedy zmienia się perspektywa i poczucie pewności.